petrus blog

Twój nowy blog

Ropa w Pysznicy

Około 1 mln ton ropy naftowej, a być może kilka razy więcej, zamierza wydobyć w gminie Pysznica polsko – amerykańska spółka Sierra Bravo, wchodząca w skład grupy Julifield, LLC. Planuje się, że prace wydobywcze potrwają od piętnastu do dwudziestu lat. W tym czasie gminny budżet wzbogaci się o ponad 20 mln zł z tytułu stosownych opłat. Pierwszy odwiert zaplanowano na tegoroczną jesień. Przeprowadzone do tej pory badania sejsmiczne niosą nadzieję na sukces. – Chcemy szybko i sprawnie znaleźć złoża i rozpocząć produkcję – deklaruje dr Michał Żywiecki, prezes Sierra Bravo Sp. z o.o. i Julifield Polska Sp. z o.o., prezes ds. poszukiwań Julifield, LLC.

Łupkowa droga

– Moja poprzednia firma przygotowywała pierwsze wnioski koncesyjne do Ministerstwa Środowiska w celu uzyskania koncesji na gaz łupkowy – patrzy wstecz Michał Żywiecki. Wspomina przy tym przyjazd do Polski swojego przyjaciela Michaela Lewisa mieszkającego w Dallas. To właśnie on zainicjował pierwsze wiercenia służące poszukiwaniu gazu łupkowego w Polsce, doradzając zainteresowanym firmom. W pewnym momencie obydwaj geologowie stwierdzili, że dynamika tych prac jest bardzo wolna. Wszak temat gazu łupkowego istnieje w Polsce od sześciu lat, a w ciągu tego czasu wywiercono tylko 42 otwory. Takie tempo prac pozwala spodziewać się rozpoczęcia produkcji za jakieś 30 do 40 lat.

Powrót do korzeni

– W związku z tym postanowiliśmy wrócić do korzeni, czyli prac nad wydobyciem wciąż atrakcyjnych, konwencjonalnych złóż ropy naftowej. Jest to bardzo intratne zajęcie – stwierdza prezes Żywiecki. – Będziemy starać się rozwijać poszukiwania i produkcję. Dlatego rozglądamy się, gdzie można zainwestować.

Koncesje zwane Sandomierz i Nisko

Michał Żywiecki i Michael Lewis mają po 50 proc. udziałów w firmie Julifield, LLC. Ponieważ zdecydowali się objąć swoimi działaniami Polskę, założyli tutaj dwie spółki – Julifield Polska i Sierra Bravo. Druga z wymienionych firm złożyła wnioski koncesyjne do Ministra Środowiska o uzyskanie koncesji poszukiwawczo – rozpoznawczych, nazwanych Sandomierz i Nisko. Pozytywna decyzja zapadła w listopadzie 2011 roku.

Nie Kuwejt, ale…

Wstępne prace poszukiwawcze zostały przeprowadzone w roku ubiegłym. Były to badania sejsmiczne pozwalające przewidywać, czy i gdzie mogą występować złoża ropy naftowej i gazu ziemnego. – I już zaczęto mówić, że będziemy tu mieć Kuwejt – uśmiecha się Michał Żywiecki. – Aż takich złóż tutaj nie ma, jak w krajach arabskich. Są one niewielkie, lecz o dużym znaczeniu na skalę lokalną czy regionu. Niewątpliwie przyczynią się do rozwoju tutejszego obszaru i dadzą wpływy z podatków.

Amerykańskie tempo

Planując działania poszukiwawcze, geolodzy wytypowali wstępnie trzy pola naftowo – gazowe: Tarnobrzeg, Pysznicę i Radomyśl nad Sanem. Postanowili skoncentrować się najpierw na gminie Pysznica, położonej centralnie na obszarze objętym koncesją. – Teraz chcemy jak najszybciej odzyskać zainwestowane pieniądze, w związku z tym działamy w tempie typowym dla USA czy Polski przedwojennej – akcentuje prezes spółki Sierra Bravo. Podkreśla, że firma stara się wyprzedzać koncesyjny harmonogram prac. – Dlatego zrobiliśmy już większość sejsmiki i teraz planujemy wykonanie pierwszych otworów wiertniczych – wyjaśnia. – A jesienią okaże się, czy nasze pomysły i analizy naukowo – naftowe miały sens oraz czy pieniądze, które inwestujemy, będzie można pomnożyć na korzyść firmy, państwa polskiego i lokalnej społeczności.

W głąb ziemi

Aktualnie firma jest na etapie przygotowywania raportu środowiskowego, który będzie opiniowany. W ramach tego przedsięwzięcia przewidziano konsultacje społeczne, by każdy zainteresowany mógł poznać plany naftowych działań. Po uzyskaniu pozytywnej decyzji środowiskowej Sierra Bravo wystąpi do Ministra Środowiska o zmianę koncesji, co umożliwi jej odwiercenie 30 otworów o maksymalnej głębokości 2600 m oraz wykonanie bezinwazyjnych badań magnetotellurycznych. Dotyczą one pomiaru naturalnego zmiennego pola elektromagnetycznego na powierzchni Ziemi i są uzupełnieniem badań sejsmicznych. Jeśli pierwszy jesienny odwiert na polu gminy Pysznica okaże się pomyślny, w czasie zimy zapadnie decyzja o kolejnych lokalizacjach. Następne otwory będą odwiercane w ciągu najbliższych trzech lat.

Kopalnia jak stacja benzynowa

– Jak znajdziemy ropę i gaz, nie będziemy czekać dwóch czy pięciu lat i zastanawiać się, co robić dalej. Chcemy od razu rozwiercić całe złoża i zbudować kopalnie – informuje prezes Żywiecki. Zauważa, że kopalnia może kojarzyć się z wielkim obszarem czy przedsięwzięciem. Lecz jeśli chodzi o ropę naftową, złoża konwencjonalne, wielkość zabudowań kopalnianych jest porównywalna do wielkości dużej stacji benzynowej. Geolog nie kryje swego optymistycznego nastawienia do efektów podjętych działań. Ma nadzieję, że od końca tego roku nie będzie się już mówić o polu Pysznica, lecz o złożu ropy naftowej Pysznica.
Maksymalna głębokość odwiertów, które Sierra Bravo planuje wykonać na polu Pysznica, wynosi od 1,5 do 2,6 km. Wieże wiertnicze nie są duże, lecz pozwalają posuwać się w głąb nawet 600 m na dobę. Standardowe pole wiertnicze ma wielkość od 0,2 do 0,5 hektara i funkcjonuje półtora miesiąca. – Potem wszystko zwijamy i idziemy w następne miejsce, by nawiercić kolejny otwór – objaśnia dr Żywiecki. Dodaje, że przy fazie produkcyjnej całe przedsięwzięcie jest jeszcze mniejsze. Zapewnia, iż prowadzone prace nie ingerują w normalne życie mieszkańców.

Słowo o lokalizacji

Gdzie zostaną zlokalizowane otwory wiertnicze? Zadecydują o tym wyniki badań magnetotellurycznych. W tej chwili geolodzy wyrażają pogląd, że w części zachodniej gminy Pysznica głębokość złoża ropy naftowej wynosi 1,5 km, w części centralnej sięga 2 km, a we wschodniej – około 2,5 km. Te szacunkowe dane mogą różnić się nawet o kilkaset metrów.
Na decyzje lokalizacyjne będzie miała także wpływ infrastruktura, dostępność danego obszaru i jego odległość od zabudowań mieszkalnych. Jakiekolwiek wejście w teren będzie zawsze poprzedzane spotkaniem z jego właścicielem. Chodzi o wynegocjowanie ceny dzierżawy gruntu i zawarcie stosownej umowy. Ponadto w grę wchodzi eksploatacja dróg gminnych w celu mobilizacji i demobilizacji ciężkiego sprzętu. Za przejazdy również trzeba będzie wnosić opłaty. W wielu przypadkach zajdzie konieczność budowy betonowych lub szutrowych dróg dojazdowych.

Nabywcy czekają

Jakiej jakości ropę kryje pysznicka ziemia? Wiadomo, że wszystkie ropy basenu karpackiego są niesiarkowe i od razu nadają się do przerobu. – Nasze analizy wskazują, że jesteśmy na obszarze występowania takich właśnie rop – mówi prezes spółki Sierra Bravo. Snując plany jak najszybszego uruchomienia sprzedaży kopaliny, wskazuje na trzy najbliższe rafinerie: Jasło, Gorlice i Jedlicze. Zostały już przeprowadzone rozmowy z nimi i każda z nich wyraziła chęć współpracy. A którą firma wybierze, zależeć będzie od zaoferowanej ceny. Wpływ na jej wysokość ma światowa cena baryłki ropy.
Kwestią do rozwiązania jest także sprawa transportu surowca. Jeśli rafineria leży w bliskiej odległości od miejsca wydobycia ropy naftowej, opłaca się zbudować ropociąg o niewielkiej średnicy. W przypadku eksploatacji pysznickiego złoża, w grę wchodzi przewóz koleją lub cysternami.

Gazowy problem – energetyczna korzyść

Stawia się jeszcze pytania o występowanie gazu ziemnego na obszarze pola Pysznica. Gdyby przyszło go wydobywać, firma musiałaby poczynić nieco większe inwestycje od planowanych. Potrzebna byłaby również infrastruktura, pozwalająca sprzedawać gaz na lokalnym rynku albo produkować energię elektryczną. Jednakże problem ten pojawi się także na etapie produkcji samej ropy naftowej. Gromadzenie jej w zbiornikach powoduje, że na dnie odseparowuje się woda, natomiast na szczycie pojawia się gaz ziemny. Nie można go spalać powodując straty. Możliwe jest to tylko w generatorach prądotwórczych. Sierra Bravo bierze pod uwagę takie rozwiązanie, dzięki któremu znaczny obszar gminy Pysznica byłby zasilany w energię elektryczną.

Cenne petrozłotówki

Jakie inne korzyści wypłyną z wydobywania ropy naftowej w gminie Pysznica? Oczywistym jest, że firma Sierra Bravo liczy na duży zysk finansowy. Poniesie jednak również spore koszty. W ciągu zakładanych dwudziestu lat eksploatacji złoża i wydobyciu w tym czasie jednego miliona ton surowca, opłaty eksploatacyjne sięgną 35 mln zł. 60 procent tej kwoty trafi do gminnego budżetu. Są to jednak minimalne szacunki, ponieważ wydobycie może być nawet dziesięć razy większe.

Praca dla wielu

Wydobywanie ropy naftowej jest procesem, w którym czynnie uczestniczy wiele osób. Pojawienie się wiertnicy w gminie Pysznica spowoduje, że zaczną tutaj przyjeżdżać przedstawiciele firm polskich, amerykańskich i kanadyjskich. – Dlatego już zaczęliśmy się rozglądać, gdzie można by zlokalizować bazę noclegową – informuje prezes Michał Żywiecki. Ten ruch osobowy zacznie nakręcać mały biznes w gminie. Warto również wiedzieć, iż obecność jednego geologa naftowego i podejmowane przez niego działania generują sześć nowych miejsc pracy. A z tym wiąże się – rzecz jasna – płacenie podatków. Pojawia się zatem szansa na włączenie się lokalnej społeczności w prowadzone przedsięwzięcia i czerpanie przez nią korzyści materialnych z tego tytułu.
– Nie jesteśmy tutaj na chwilę. Jak rozpoczniemy produkcję węglowodorów, potrwa ona minimum piętnaście, dwadzieścia lat. Mamy zatem plany podjęcia także innej aktywności na rzecz mieszkańców gminy Pysznica i uczestniczenia w jej życiu – konkluduje dr Michał Żywiecki. Dodaje, że rozważana jest możliwość przeniesienia siedziby spółki Sierra Bravo ze Skawiny do Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
PIOTR JACKOWSKI

Statuetki wręczone
 

Po raz trzeci Redakcja Magazynu Nadsańskiego „Nasz Czas” przyznała statuetki i honorowe tytuły Człowieka Naszego Czasu. Uhonorowanie wyróżnionych odbyło się 8 lutego 2010 podczas Wielkiej Gali w sali koncertowej Państwowej Szkoły Muzycznej w Stalowej Woli. Oto laureaci:


KS. JERZY WARCHOŁ
– wicedziekan dekanatu stalowowolskiego, proboszcz parafii Opatrzności Bożej w Stalowej Woli. Kapłan znany z podejmowania licznych inicjatyw duszpasterskich, kulturalnych i społecznych. Ceniony jest za działania na rzecz mieszkańców Stalowej Woli, zwłaszcza ludzi pracy. Poprzez swoją posługę integruje mieszkańców hutniczego grodu wokół wartości niesionych przez wiarę i tradycję.


LUCJUSZ NADBEREŻNY
– radny Rady Miejskiej w Stalowej Woli. Znany jest z niezwykłej aktywności na niwie samorządowej i licznych działań na rzecz społeczności lokalnej. Wykazuje wielką wrażliwość na potrzeby ludzi, zawsze służąc im radą i pomocą. Bliskie są mu wartości patriotyczno – religijne, do których się odwołuje.


BARBARA WOLANIN
od 25 lat prowadzi Zespół Taneczny Domu Kultury w Przyszowie, którego jest założycielką i choreografem. Wytrwale pracuje z młodymi talentami, rozwijając umiejętności taneczne dzieci i młodzieży. Zespół kierowany przez nią stał się wizytówką nie tylko gminy Bojanów, lecz także całego regionu dolnosańskiego. Tancerze odnieśli wiele sukcesów rangi ogólnopolskiej.


JÓZEF CYGAN
jest animatorem życia społeczno – kulturalnego Turbi. Jego pasją jest uczestnictwo w pracach działającego w tej miejscowości Zespołu Śpiewaczego „Malwa”. Z wielkim oddaniem kultywuje lokalne tradycje, przybliżając je mieszkańcom małej ojczyzny i regionu.


LEOKADIA GUGAŁA
jest cenioną mistrzynią potraw regionalnych, mającą na swym koncie sukcesy o randze wojewódzkiej. Znana jest także z inicjatyw służących integrowaniu społeczności lokalnej. Swoją pomysłowością i zaangażowaniem wnosi znaczącą cząstkę w rozwój życia kulturalnego Chwałowic i całej gminy Radomyśl nad Sanem.


WOJCIECH ŁOPACIUCH
to popularny gawędziarz oraz śpiewak ludowy, opiewający piękno i dzieje pysznickiej ziemi. Jest członkiem Zespołu Ludowego „Pyszniczanie”, z którym często występuje. Ubogaca koncerty barwnymi opowieściami, można także słuchać pieśni śpiewanych do jego tekstów.


Ks. FRANCISZEK GRELA
– kustosz sanktuarium św. Józefa w Nisku. Znany z cennych inicjatyw duszpasterskich, społeczno          – kulturalnych oraz integrowania niżańskiej społeczności wokół wartości patriotyczno – religijnych. Jest osobą niezwykle wrażliwą na potrzeby ludzi – jako honorowy krwiodawca oddał już ponad sto litrów krwi. Jest znakomitym szachistą, organizatorem ogólnopolskich rozgrywek szachowych duchowieństwa, para się pisaniem poezji.


BRONISŁAWA BYLINOWSKA
– przewodnicząca Towarzystwa Kultury Chrześcijańskiej „Logos” w Nisku. Od wielu lat wykazuje wielką troskę o sprawy lokalnego środowiska. Wnosi cenny wkład w organizowanie życia religijnego, kulturalnego i społecznego. Dzięki jej zaangażowaniu odbyło się wiele koncertów, spotkań i konkursów, ubogacających program corocznych Tygodni Kultury Biblijnej.

 


WIELKA GALA TUŻ-TUŻ

 


Człowiek Naszego Czasu 2009

 


Już po raz trzeci Redakcja Magazynu Nadsańskiego „Nasz Czas” przyzna statuetki i honorowe tytuły Człowieka Naszego Czasu. Owym aktem pragnie uhonorować osoby wnoszące w życie regionu dolnosańskiego promyki dobra, nadziei, służące mieszkańcom pomysłowością, talentem, inicjatywą i zaangażowaniem. W tym roku wyróżnionych zostanie osiem osób.


W
ręczenie statuetek odbywa się podczas Wielkiej Gali, organizowanej przez Redakcję Magazynu Nadsańskiego „Nasz Czas”, Starostwo Powiatowe, Miejski Dom Kultury, Państwową Szkołę Muzyczną I i II st. w Stalowej Woli oraz Stalowowolskie Towarzystwo Kulturalne. Honorowy patronat nad uroczystością sprawuje Marszałek Województwa Podkarpackiego Zygmunt Cholewiński. W tym roku gala odbędzie się w auli Państwowej Szkoły Muzycznej w Stalowej Woli 8 lutego 2010 roku o godz. 18.

  Magazyn Nadsański „Nasz Czas” istnieje od czerwca 2006 roku, wypełniając coraz szerzej lukę informacyjną na lokalnym rynku mediów. Początkowo miesięcznik wydawany był przez Stalowowolskie Towarzystwo Kulturalne. Obecnie pracami wydawniczymi zajmuje się powstała 1 stycznia 2010 roku oficyna Piotr Jackowski Wydawnictwo „Nasz Czas”, współpracująca ze Stalowowolskim Towarzystwem Kulturalnym.

  Od początku czasopismo pełniło rolę informacyjną, edukacyjną i wychowawczą, stwarzając płaszczyznę komunikacji dla władz samorządowych, organizacji pozarządowych, placówek oświatowo – wychowawczych, kulturalnych, parafii, szeroko pojmowanej społeczności lokalnej. Jego celem było i jest promowanie regionu nadsańskiego oraz integrowanie ludzi wokół małej ojczyzny. Dziś „Nasz Czas” jest znanym tytułem, zyskującym poczytność w coraz szerszych kręgach regionu. Magazyn, współpracując z wieloma instytucjami, podejmuje liczne inicjatywy o charakterze kulturalnym, społecznym, promocyjnym i integracyjnym, patronuje ciekawym przedsięwzięciom, podejmuje się także roli organizatora i współorganizatora. Jedną z takich inicjatyw jest przyznawanie honorowych tytułów i statuetek Człowiek Naszego Czasu.

PIOTR JACKOWSKI

 

 

CZYTASZ I WIESZ

 

NASZ CZAS


SIŁA INFORMACJI


Zaprenumeruj Magazyn Nadsański „Nasz Czas”

Tel. 885-859-847

 

 

,

Śpiew fascynacją

 



Z MAŁGORZATĄ WALEWSKĄ,
gwiazdą nowojorskiej Metropolitan Opera,
rozmawia PIOTR JACKOWSKI



 
– Czym jest dla Pani śpiew?

  – Śpiew jest dla mnie wszystkim, nie mogłabym żyć bez śpiewania. Najbardziej fascynuje mnie śpiewanie w operze, bo oprócz tego, że lubię śpiewać, lubię się wcielać w różne postacie i naprawdę na scenie operowej czuję się całkowicie spełniona. Ale lubię też koncerty. Odpowiada mi akustyka kościelnych wnętrz i lubię śpiewać w świątyniach.

  – Ma Pani wiele ciekawych doświadczeń na największych scenach. Jak Pani postrzega reakcje publiczności?

  – Kocham publiczność i mam z nią bardzo dobry kontakt. Od pierwszego wejścia na scenę odczuwam związek z widzami. Szczególnie lubię publiczność festiwalową, która przychodzi na wakacyjne występy.

  – Czy czuje Pani tremę na widok rzesz słuchaczy?

  – Stresują mnie występy w wielkich teatrach, ponieważ łączą się one z wielką odpowiedzialnością. Jednakże trema towarzyszy mi podczas wszystkich koncertów, co jest wpisane w mój zawód. W związku z tym nauczyłam się z nią walczyć na różne sposoby, przykładowo przy pomocy technik oddechowych i ćwiczeń relaksacyjnych. Gdy byłam młodsza i stres był większy, mówiłam sobie, że przecież niczyje życie ode mnie nie zależy. Nie jestem chirurgiem, którego błąd może doprowadzić do śmierci pacjenta. W moim przypadku nic się nie stanie, jak mi coś nie wyjdzie. Ale do tej pory wszystko układało się pomyślnie.

  – Proszę wspomnieć o Pani kontaktach z największymi śpiewakami – Luciano Pavarottim, Placido Domingo…

  – Nie znam przyjemniejszego człowieka niż Domingo. Jest miły, serdeczny i otwarty, do rany przyłóż. To, oprócz talentu, świadczy o jego wielkości. Śpiewałam z nim w Operze Wiedeńskiej, potem zaprosił mnie do Waszyngtonu.

  – Jest Pani wielką osobowością artystyczną. Jak Pani godzi kreowanie własnego stylu z kanonami nakreślonymi przez twórców?

  – My możemy być tym, kim jesteśmy, publiczność nas podziwia, ale trzeba pamiętać, że najważniejsza jest muzyka i że to jej służymy. Osobiście daleka jestem od jakiejś fałszywej skromności, znam swoją wartość, natomiast moje działania podporządkowuję roli i kompozytorowi. Trzeba pamiętać, że im wykonanie jest wierniejsze zamiarom twórcy, tym lepsze.

  – Pamięta Pani może jakąś zabawną, wyjątkową, ciekawą, zaskakującą, nietypową sytuację na scenie?

  – Takich zaskakujących sytuacji bywa wiele. Dochodzi do nich na przykład wtedy, gdy na scenie zabraknie jakiegoś istotnego rekwizytu. Właśnie ostatnio w Covent Garden zdarzyło się, że położyli mi nóż nie z tej strony. Z punktu widzenia widza to są rzeczy niezauważalne, ale dla wykonawcy jakiekolwiek najdrobniejsze potknięcie urasta do rozmiarów katastrofy. I choć właściwie nic wielkiego się przez to nie dzieje, to człowiek zaangażowany w spektakl inaczej to odbiera.

  Śmieszne sytuacje, które mnie spotkały na scenie, dotyczą pomyłek tekstowych. Polegały one na tym, że czasami poplątały mi się słowa. Niekiedy śpiewam „Pieśń wieczorną” Moniuszki ze słowami „gdzie nasza chatka, gdzie stara matka krząta się koło wieczerzy”. I zawsze jak wykonuję ten utwór mam wątpliwości czy jest ”stara chatka” „nasza matka” czy „nasza chatka” „stara matka”. I właśnie ostatnio zaśpiewałam „gdzie stara matka, gdzie nasza chatka krząta się koło wieczerzy”. Oczywiście wyszło to zabawnie i pianistka miała radość. Ale publiczność nie zorientowała się, że popełniłam taki błąd.

 

  – Dziękuję Pani serdecznie za rozmowę.
 

„Nasz Czas” – Magazyn Nadsański
tel. 885-859-847
naszczas@gazeta.pl
Redaktor naczelny: Piotr Jackowski

Czytaj magazyn regionalny „Nasz Czas” wydawany w Stalowej Woli

Trafiliśmy w swój czas


Z aktorem CEZARYM ŻAKIEM, odtwórcą ról proboszcza i wójta w telewizyjnym serialu „Ranczo”, rozmawia PIOTR JACKOWSKI

 


 
– Serial „Ranczo” osiągnął wielką popularność i niezwykle wysoką oglądalność. Na czym, Pana zdaniem, polega fenomen owej produkcji, wypunktowującej celnie wiele aspektów polskiej rzeczywistości?

  – Przede wszystkim cieszę się, że tak ludzie postrzegają ten serial. Scenarzyści, którzy go piszą, są bardzo dobrze osadzeni w polskich realiach. Jeden z nich mieszka na mazurskiej wsi, skąd wziął pomysł ławeczki spod sklepu. Właściwie taką ławeczkę można spotkać wszędzie. Ja w swojej dzielnicy w Warszawie też mam taką ławeczkę pod sklepem i też się spotykam z panami, którzy kiwają do mnie głowami i proszą o dwa złote.

  Scenarzyści trafili w zapotrzebowania ludzi. Po prostu, trafiliśmy w swój czas. Na sukces serialu składa się masa czynników. Wiele osób mówi, na czym polega jego fenomen, co im się podoba, a co nie. Ale właściwie, co im się nie podoba, to w ogóle nie słyszałem.

  Akcja dużej liczby seriali produkowanych ostatnio rozgrywa się w środowiskach młodych ludzi. W związku z tym gra w nich wielu młodych aktorów. Natomiast w „Ranczu” występują nie tylko młodzi. Myślę, że to też jest jakiś przyczynek do sukcesu tej produkcji.

  – Tak wielkie powodzenie „Rancza” to w ogromnej mierze Pańska zasługa. Jak Pan się czuje na planie, kreując role wójta i proboszcza?

  – Wie pan, jak dostałem tę propozycję, to rzeczywiście bardzo się ucieszyłem ze względów zawodowych. No bo zagrać dwie role w jednym filmie… to się rzadko zdarza. Jak przeczytałem scenariusz pierwszy raz to od razu wiedziałem, że serial będzie dla mnie dużym wyzwaniem. Chciałem, żeby te dwie postacie się różniły. Byłem bowiem pewny, że tak będzie ciekawiej i dla widza i dla mnie jako aktora. Dla widza, bo zobaczy dwóch różnych facetów, a dla mnie, bo będę mógł sobie zagrać dwie role. Chociaż to nie było wpisane w tekst. Tam byli bracia bliźniacy bardzo podobni do siebie i fizycznie i psychicznie. Ja jednak bardzo nalegałem, żeby oni się różnili. Stąd mój pomysł, aby wójt miał wąsy, był ogorzały, żeby wcale nie był aniołkiem, żeby twardo trzymał wieś.

  Budując postać wójta widziałem mojego stryja z dzieciństwa, który był sołtysem na wsi i do którego jeździłem na wakacje przeważnie podczas żniw. Dlatego atmosfera wiejska nie jest mi obca. Wiem co to żniwa, co znaczy ciężka praca na roli. To wszystko nie jest mi obce, chociaż całe życie mieszkam w mieście.

  Natomiast proboszcz jest zlepkiem obserwacji księży z różnych kościołów. Wstyd się przyznać, ale czasami chodziłem na Mszę św. do kościoła nie po to, żeby się modlić, tylko po to, żeby obserwować księży, patrzeć, jak się zachowują, jak się ubierają. Stąd mój pomysł na okulary w złotej oprawce, ponieważ zauważyłem, że większość proboszczów w Polsce, szczególnie w tej Polsce prowincjonalnej, nosi okulary w złotych oprawkach.

 Oczywiście, postać księdza trzeba było potem dopasować do wójta, żeby to jednak byli bracia. Oni czasami potrafią się połączyć ponad podziałami w imię wyższych idei. Oni potrafią sobie podać rękę. Niechętnie, ale jednak… Wójt w imię jakichś swoich partyjnych interesów, a proboszcz, bo mu tak nakazuje religia, miłosierdzie…

  – Serial w fantastyczny sposób ukazuje przywary drobnych urzędników i karykaturalnie uwypukla specyfikę samorządności przez małe „s”…

  – My to gramy trochę jak bajkę, bo to nie jest życie tak naprawdę do końca. Wszak życie pokazane tak jeden do jednego na ekranie byłoby nudne i nieciekawe. Zresztą… ludzie nie chcieliby oglądać prawdziwego życia. Dlatego „Ranczo” to jest bajka. I im ta bajka jest bliżej życia, im jest prawdziwsza, że ludzie mogą odnaleźć w niej siebie, tym jest lepsza.

  Ciągle powtarzam, że kiedyś czytałem wspomnienia Gustawa Holoubka. Napisał on, że w 50. latach, w czasach socrealizmu, jak grali w Katowicach sztuki socrealistyczne, to na takim spotkaniu z klasą pracującą wstał jeden stary górnik i powiedział: „Co wy nam tu gracie takie sztuki, pokazujecie nam jak to u nas w domu jest naprawdę. My chcemy oglądać bajkę po pracy, chcemy się odprężyć, rozerwać. Pokazujcie coś więcej niż życie. Życie to my mamy w domu”. I wydaje mi się, że serial „Ranczo” jest takim pokazywaniem życia przez palce, tak jakby trochę przez mgłę, dlatego ono jest takie śmieszne, czasami wzruszające.

  – Czy wiadomo już coś na temat dalszych losów bohaterów „Rancza”?

  – Nie, jeszcze nic nie wiadomo co będzie dalej. Telewizja jak zwykle śpi. Jak się okazało, że oglądalność sięgnęła dziesięciu milionów, to oni się za głowę złapali, dopiero zaczęli przebąkiwać, że może by nakręcić piątą serię. Natomiast scenarzyści, którzy dwa lata temu skończyli pisać serię czwartą, dostali inne propozycje, zabrali się za coś innego. Ale wiem od producenta, że się absolutnie nie odżegnuje od „Rancza” i myślę, że kiedyś ta następna seria powstanie.

  – Dziękuję Panu serdecznie za rozmowę.

 

„Nasz Czas” – Magazyn Nadsański
tel. 885-859-847
naszczas@gazeta.pl
Redaktor naczelny: Piotr Jackowski

Czytaj magazyn regionalny „Nasz Czas” wydawany w Stalowej Woli

W ŚWIECIE KONI

Brak komentarzy

W świecie koni

– Moim marzeniem było, aby hodować konie. Teraz to marzenie się spełniło – mówi były prezydent Stalowej Woli Alfred Rzegocki, który wraz z małżonką Krystyną założył w Przyszowie – Rudzie małą stadninę. – Zawsze powtarzałem, że kierownikiem, dyrektorem, prezesem, prezydentem się bywa, a człowiekiem jest się zawsze – akcentuje, podkreślając wagę posiadania jakiejś pasji w ludzkim życiu.

Alfred Rzegocki myślał o hodowaniu koni już… kilkadziesiąt lat temu. Ale ciągle nie miał czasu zrealizować swojego pomysłu. Kiedy był prezydentem Stalowej Woli, praca zajmowała mu dużo czasu. Teraz odskocznią od miejskiego gwaru jest dla niego pobyt w Przyszowie – Rudzie, gdzie może cieszyć się kontaktem z piękną przyrodą. – Tu jest spokój, oaza zieleni, las, woda – zauważa.

  – Stadnina? Może to za dużo powiedziane – stwierdza, pokazując konie na pobliskim pastwisku. Wzrok przykuwają dwie pełnej krwi klacze małopolskie Tina i Enigma oraz pełnokrwisty arab o imieniu Maneż. Państwo Rzegoccy określają go czule mianem maskotki i przylepki. O mały włos, a miejscem jego rezydowania byłby Kazachstan, ale ostatecznie trafił do Przyszowa – Rudy.

  – Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że we wsi jest pięć koni, z czego trzy są nasze – zauważa Alfred Rzegocki. Zwierzęta są spokojne, nie ma z nimi większych problemów, a praca przy nich to prawdziwy relaks. Swego rodzaju nagrodą za ponoszony trud jest możliwość jazdy konnej. – Polecam taką jazdę wszystkim, którzy mają nadwagę. Ja po godzinnej jeździe tracę kilogram. Takim rodzajem aktywności można z powodzeniem zastąpić aerobik, jazdę na rowerze czy wiele innych ćwiczeń – dodaje były gospodarz Stalowej Woli.

  Właściciele koni cały czas poznają swoich podopiecznych i zdobywają niezbędną wiedzę. Prace związane z hodowlą są dla nich nowym wyzwaniem, pozwalającym zdobywać niezbędne doświadczenia. Szczególnej troski wymaga zdrowie zwierząt i reagowanie na wszelkie zagrożenia chorobowe.

  Państwo Rzegoccy akcentują, że przebywanie z końmi wycisza człowieka i uczy spokoju. – Tego wewnętrznego spokoju musieliśmy się uczyć – stwierdzają. Zachęcają mieszkańców regionu nadsańskiego, by korzystali z możliwości nauki jazdy konnej, ponieważ w okolicy znajduje się kilka stadnin. Zapewniają, że gdy ktoś zaliczy dziesięć jazd, nie będzie chciał rozstawać się z tego rodzaju aktywnością.

  – Mówią, że nie ma takiego jeźdźca, który by nie spadł z konia. To może się zdarzyć każdemu i mnie się też przytrafiło – śmieje się Alfred Rzegocki. – Ale to nie zawsze zależy od człowieka, bo niekiedy koń może się spłoszyć na widok zająca czy ptaka i upadek gotowy.

  – Nie jest łatwo przyjść z miasta na wieś, a nam się to przytrafiło. Póki nam starczy sił i zdrowia, będziemy chcieli zajmować się końmi. Są to bardzo sympatyczne stworzenia – konkluduje Alfred Rzegocki.


PIOTR JACKOWSKI
 

Stalowa Wola * Stalowa Wola * Stalowa Wola

Pić niedużo, to nic dużego, ale nie pić wcale, to dopiero coś, lecz na to trza chłopa, no i baby też


BY NIE PRZEGRAĆ ŻYCIA


 


Z ks. WŁADYSŁAWEM ZĄZLEM – kapelanem Związku Podhalan, proboszczem parafii Kamesznica w diecezji bielsko – żywieckiej, diecezjalnym duszpasterzem trzeźwości, członkiem Zespołu Apostolstwa Trzeźwości przy Konferencji Episkopatu Polski – rozmawia PIOTR JACKOWSKI


 


 
– Jedną z polskich plag jest lekkomyślne spożywanie i nadużywanie alkoholu. Wielu ludzi nie traktuje na serio zagrożeń niesionych przez picie trunków.

  – Nieszczęściem młodych, że tak mało wiedzą, czym jest alkohol, a czym nie jest. A nieszczęściem starych, że wiedzą tak dużo, ale tak późno. A to nie jest artykuł pierwszej potrzeby. To nie jest artykuł spożywczy, który można lekkomyślnie zażywać, choć jest wszechobecny i jest na niego moda, zwłaszcza u młodych. Mało tego, u wszystkich jest jakaś chęć używania świata póki służą lata. – Coś mi się od życia należy – mówią. I każdy myśli, co się jemu należy, a nie myśli o tym, co się jego bliźniemu należy.

  – Takie postrzeganie rzeczywistości rodzi egoistyczne i hedonistyczne postawy, przejawiające się w braku odpowiedzialności za drugiego człowieka. Także za tego, który popadł w alkoholizm.

  – Nikt nie może powiedzieć tak, jak powiedział kiedyś Kain, który zabił brata. Pan Bóg spytał go: gdzie jest twój brat Abel? Ten odrzekł: a czyż ja jestem stróżem mego brata? Nasz Ojciec Święty powiedział: każdy jest stróżem drugiego człowieka.

  – Wspomnijmy o zgubnych skutkach spożywania alkoholu.

  – Alkohol C2H5OH ma to do siebie, że potrafi podstępnie wpływać na człowieka na wszystkich poziomach. Działa na biologię, czyli na ciało, które początkowo broni się przed nim powodując wymioty, ale potem przyzwyczaja się do niego i go pragnie. Alkohol oddziałuje też na psychikę i rodzi sztuczne potrzeby szukania towarzystwa – jak się to często mówi, żeby tylko być w gronie i nieraz wkupić się do tego towarzystwa właśnie przez alkohol. I niszczy psychikę, powodując pijane myślenie. Ponadto degraduje duchowość człowieka, to najwyższe ludzkie piętro, czyli wrażliwość na ducha nieskończenie doskonałego, na sprawy religijne, na Pana Boga, na dobro, piękno, miłość. To wszystko alkohol potrafi zabić. Potrafi odebrać siłę i mądrość mężczyźnie, a kobiecie etykę i estetykę. I powoduje ogromne spustoszenie, zwłaszcza jeżeli patrzy się na te problemy przez palce.

  – W naszym społeczeństwie ukształtowało się pojęcie „kulturalnego picia”. Pojęcie jakże złudne, ponieważ kulturalnym być trzeba, a picie nawet niewielkich ilości alkoholu może się skończyć popadnięciem w nałóg.

  – Jeszcze w seminarium uczono mnie, że nie wolno pić w obecności człowieka nadużywającego alkoholu. To pierwszy krok wobec niego, choćby się samemu nie było uczulonym na trunki. Bo jeśli ktoś ma problem alkoholowy, to nie przemówi do niego żaden argument. Powstrzymując się przy nim od spożywania alkoholu nie dajemy mu przyzwolenia i pozbawiamy go komfortu picia. Zauważmy, że ten kulturalnie pijący może wypić naparstek, kieliszek, natomiast alkoholik nie poprzestanie na tym. On wypije litr, będzie pił ciągami i potem już sam nie będzie sobie w stanie poradzić bez alkoholu. Stąd już prosta droga do autodestrukcji i samozagłady. Bo alkohol z czasem staje się jakby narkotykiem, którego organizm potrzebuje coraz więcej. I wszystko zaczyna się kręcić wokół tego, by pić. Wreszcie taki człowiek, pozbawiony wrażliwości na wartości wyższe, zaczyna sam siebie nienawidzić. Wie bowiem, że nie zasługuje na szacunek. Aby żona czy najbliżsi nie robili mu wymówek, sam wszczyna awantury i przeklina. Wielkim niebezpieczeństwem z jego strony jest to, iż będąc w pijackim amoku ma przywidzenia i halucynacje. Wtedy ktoś stojący obok niego może mu się wydać potworem, który chce go napaść. W takiej sytuacji nietrudno o tragedię, bo we własnej obronie może złapać siekierę i zabić. To jest ogromne nieszczęście. Dlatego ten,  kto ma Boga w sercu,  kto pragnie normalności, wszelkie media, wszelka prasa, ktokolwiek, wszyscy powinni być na te sprawy wyczuleni. Bo lepiej zapobiegać, jak leczyć.

  – Jeśli już dojdzie do tragedii uzależnienia, wielkim wsparciem w pokonaniu nałogu okazuje się pomocna dłoń drugiego człowieka.

  – Tym, którzy już popadli w nałóg, trzeba pomagać, by mieli warunki do spotkań w grupie anonimowych alkoholików. Najlepszym bowiem lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek, najlepszym lekarstwem dla alkoholika – drugi alkoholik. Bo on wie, na czym te mechanizmy polegają. Ja przedstawiam się zawsze, że jestem abstynentem z przekonania, ale tylko samoukiem i amatorem. Natomiast oni są zawodowcami, ponieważ oni to już przerobili na sobie.

  – Przestróg nigdy za dużo, by nie być mądrym po szkodzie.

  – Pamiętam o przestrogach, których mi tato udzielał w domu. Zawsze powiadał: choćby wszyscy pili, to ty nie pij. Wyniosłem także przestrogę z seminarium duchownego. Ksiądz rektor mówił nam, że na alkohol nie ma mocnych. Nie pomoże wykształcenie, stanowisko, mundur, powołanie… To jest choroba ekumeniczna.

  – Powiedzmy o programie, który pomaga ludziom dotkniętym alkoholizmem.

  – Ci ludzie ratują się programem dwunastu kroków anonimowych alkoholików, znanym na całym świecie. Mówią o nim, że to jest cud zaistniały w dwudziestym wieku. I w tym programie dwunastu kroków sześć razy odwołują się do Pana Boga. I trzeba pomóc im się ratować, bo kto się topi, to wszyscy myślą, jak mu podać koło ratunkowe, natomiast kto chce wyjść z alkoholizmu, to wszyscy jakby go chcieli utopić namawiając, nakłaniając, zachęcając, stwarzając przerozmaite okazje.

  – Zauważmy, że dla niektórych taką okazją stają się nawet uroczystości religijne.

  – Tak, to bardzo bolesne. I mało tego, niektórzy jako argument za piciem wykorzystują cud przemiany wody w wino w Kanie Galilejskiej. A przecież tam nikomu film się nie urwał i wszyscy, co wypili to cudowne wino, spostrzegli, że to był cud. Tam wszyscy byli myślący.

  – Niestety, dziś takiego myślenia często brakuje. Bezmyślnie traktuje się alkohol jak każdy inny produkt spożywczy. Tyle że na przykład herbaty wolno nie posłodzić, ale nie wypić alkoholu… to już obraza. Taką się tworzy mentalność.

  – Gdy ktoś nie posłodzi herbaty dziękując za cukier, nie robi się z tego problemu. Nie widać też, by ktoś wlewał pół litra magi do zupy, no bo po co. Ale alkohol… musisz wypić. Tymczasem u tego, kto ma alergię na alkohol – a ma ją jedna piąta ludzkości, nawet jedna lampka szampana, jeden kieliszek wódki, potrafi uruchomić zespół choroby alkoholowej. Wesele będzie dwa dni, a on będzie pił dwa tygodnie, dwa miesiące, latami będzie pił.

  – Są ludzie, którzy, walcząc z nałogiem, dają świadectwo o swoich doświadczeniach i zmaganiach.

  – Mam przed sobą zestaw rozmaitych wypowiedzi, świadectw anonimowych alkoholików, którzy przeszli przez ośrodek w Gorzycach w województwie śląskim, zatytułowany „Na odwyku spotkałem Jezusa”. Bez przerwy można cytować słowa tych ludzi, którzy już osiągnęli dno, ale Pan Bóg im dał łaskę poznania prawdy. Naszego Ojca Świętego zapytano, które słowa Ewangelii uznałby za najważniejsze przesłanie na dzisiejsze czasy. Miał powiedzieć: poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. Dopóki człowiek nie pozna tej prawdy, to będzie wiecznie siebie oszukiwał i innych. Przy jednym pijącym cierpi dziesięcioro. Ale też jeden niepijący pozbawia komfortu picia dziesięciu pijących. I trzeba to nagłaśniać na różne sposoby.

  – Ważną sprawą staje się łączenie sił w szerzeniu wiedzy na temat zgubnych skutków spożywania alkoholu.

  – Zobrazuję to przykładem chorego na stole operacyjnym, nad którym pochyla się kilku specjalistów. Każdy jest fachowcem w swojej dziedzinie i czyni wszystko, by pacjenta uratować. Myślę, że podobnie jest w przypadku choroby alkoholowej. Kto tylko może – prasa, radio, telewizja, władze, Kościół, wychowawcy, rodzice, niech uświadamia społeczeństwo. By nie było takich głosów, jak usłyszałem od pewnego alkoholika: gdybym czterdzieści lat temu wiedział, czym alkohol jest, a czym nie jest, to bym się go nawet nie tykał. Dlatego trzeba znać prawdę na ten temat i nigdy nie namawiać nikogo do spożywania trunków.

  – Przydatna jest tu zasada czterech „nie”…

  – Ja stale podpowiadam takie cztery razy nie: nie pij, nie kupuj, nie namawiaj, nie stawiaj, sprawy nie będzie. To jest najpewniejsze zabezpieczenie. Tak jak mówił minister Giertych: zero tolerancji. Trzeba umieć nie pić wcale, żeby można było pić trochę. Tymczasem to picie jest osłonięte pięknymi słówkami: po kieliszeczku, po lampeczce, po koniaczku, kulturalnie… Kto pije kawę, herbatę, nie mówi się: kulturalnie, no chyba że siorpie. I nikt z tego nie robi problemu. Natomiast gdy przyjdzie pić alkohol, to już tak kulturalnie, tylko że niekulturalnie się kończy. Nie wiadomo, gdzie się cnota kończy, a grzech zaczyna.

  – Godne podziwu jest zaangażowanie Księdza w szerzenie idei trzeźwego życia i podejmowanie inicjatyw trzeźwościowych.

  – Jestem kapelanem Związku Podhalan, który istnieje już 90 lat i w statucie ma zapisane jako zadanie troskę o trzeźwość i walkę z pijaństwem. I przez to, że na Podhalu górale pielęgnują honor i wiedzą, co znaczy nosić się honorowo, udało mi się wzbudzić zdrowy honor, że pić niedużo, to nic dużego, ale nie pić wcale, to dopiero coś, lecz na to trza chłopa, no i baby też, bo i kobiet dosięga problem alkoholowy. Wesele z gorzałką to byle dziad potrafi zrobić, ale by przygotować wesele bez gorzałki, na to trzeba śmiałych, odważnych, mądrych ludzi, którzy nie mają kompleksu niższości, którzy nie dają sobą manipulować.

  – Był Ksiądz świadkiem wielu smutnych wydarzeń wywołanych spożywaniem alkoholu. To jeszcze bardziej utwierdziło Księdza w tym, że trzeba przeciwdziałać alkoholizmowi ze wszystkich sił.

  – Sygnałem, że trzeba coś zrobić na tym polu, była śmierć pijanego traktorzysty, jak również śmierć ojca czworga dzieci, który po pijanemu poparzył sobie nogi w ognisku. Zmotywował mnie też list kardynała Franciszka Macharskiego, obiecującego specjalne błogosławieństwo dla par wesel bezalkoholowych. No i podjąłem wiele działań nie spodziewając się, że nabiorą one rozgłosu. Wiele też z tego powodu wycierpiałem. Ale jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Nie byłbym sobą, gdybym się temu sprzeniewierzył.

  Wiedziałem, że skoro jestem proboszczem, to muszę wziąć odpowiedzialność za ludzi. Przecież biorąc władzę trzeba brać i odpowiedzialność. Troszcząc się o moich parafian, zaproponowałem im urządzanie wesel bezalkoholowych. To spotkało się z zainteresowaniem mediów. Potem zaczęliśmy organizować corocznie Kamesznickie Dni Trzeźwości połączone z rozgrywkami sportowymi. Pewnego razu zostałem zaproszony przez Radio Maryja do uczestnictwa w audycji dla rodzin, żeby dać o tym świadectwo. Pojechałem z kapelą góralską Trebunie Tutki, innym razem z kapelą z Żywiecczyzny. I odzywają się telefony z całej Polski mówiące, że podobne rzeczy mają miejsce w innych częściach Polski i że ludzie są z tego dumni. Więc przyszła mi myśl: to spotkajmy się. I pierwsze dwa spotkania odbyły się w Kamesznicy, a kolejne organizowaliśmy już w całym kraju. Bogu dzięki, w tym roku na przełomie lipca i sierpnia odbyło się w Łomży XV Ogólnopolskie Spotkanie Małżeństw, Które Miały Wesela Bezalkoholowe. Przebiegało pod tradycyjnym hasłem „Wesele wesel”.

  Wspomnę też o innej ciekawej inicjatywie, którą podjął ks. Wojciech Ignasiak z Katowic. Postanowił zorganizować kurs dla wodzirejów zabaw bezalkoholowych. I znaleźli się tacy bracia Hojnowie z Krakowa – Józek i Kazek – którzy wspaniale spisują się w tej roli. Ojciec Jan Góra zaprosił ich nawet na Lednicę, kiedy to i ja dawałem tam świadectwo w obecności 150 tysięcy młodych ludzi. Po moim wystąpieniu z kapelą góralską ojciec Jan Góra powiedział do zgromadzonych: zapamiętajcie raz na zawsze, że nie ma flirtowania z alkoholem. Tak więc sprawa nabiera rozgłosu. Daj Boże, żeby i przez to, co pan redaktor robi, też docierało do ludzi wołanie o trzeźwość.

  – Ma Ksiądz stale do czynienia z góralami. Jaki jest naprawdę ich stosunek do alkoholu?

  – Cały czas zaprzeczam powiedzeniu, że górale piją. Prawda, za kołnierz nie wylewają, ale mają śpiewki, które są przestrogą przed pijaństwem. A jak jakaś prawda dostała się do antologii góralskich śpiewek, to już jest święta prawda.

  – Z pewnością trzeba wyciągać wnioski z tych przyśpiewek, bo nie wolno zmarnować bezcennego daru, jakim jest życie.

  – Ksiądz profesor Józef Tischner, też kapelan Związku Podhalan, zawsze mawiał: pijaństwo bierze się z przegranej wolności, a nikt nie chce być przegranym. A nasz Ojciec Święty powie, że życie człowieka jest jak mecz, który trzeba rozegrać. I na Jasnej Górze, akcentując wszelkie inicjatywy na rzecz trzeźwości, także ideę wesel bezalkoholowych, wołał, że nie wolno tych inicjatyw ośmieszać ani pomniejszać. Zbyt wysoka jest stawka, o którą chodzi. Wiemy to dobrze z historii. I trzeba tutaj mieć odwagę iść pod prąd, pod prąd płytkiej opinii i zgubnym obyczajom.

  Podczas jednej z pielgrzymek z moimi parafianami, Ojciec Święty podpisał nam Złotą Księgę, do której wpisujemy pary wesel bezalkoholowych. I podpisał specjalne błogosławieństwo dla takich par. Mamy też jego błogosławieństwo dla uczestników spotkań par wesel bezalkoholowych z całej Polski.

  – Czy trudno jest trafić do Kamesznicy?

  – Zawsze mówię, że kto chce znaleźć Kamesznicę, musi wodzić palcem po mapie wzdłuż Wisły od morza aż do źródeł rzeki. Tak trafi pod samą Baranią Górę. Z jednej strony jest Wisła i Małysz, a z drugiej Kamesznica i ja.

  – Dziękuję Księdzu pięknie za rozmowę.

 

Święta nadziei
 



Z ks. FRANCISZKIEM GRELĄ, proboszczem parafii św. Józefa w Nisku, rozmawia PIOTR JACKOWSKI


 

  – W życiu ludzkim czas pracy i świętowania przeplata się…

  – Natura człowieka jest tak ukształtowana, aby sześć dni pracować, a siódmego odpoczywać. To jest rytm, którego nie można zmieniać. Owszem, były w historii próby uderzania w dzień święty, ale nie wychodziło to ludziom na dobre.

  – To oczywiste. Przecież człowiek musi się od czasu do czasu na chwilę zatrzymać.

  – Święta stają się okazją do pogłębienia więzi rodzinnych, mają moc jednoczącą i wychodzą naprzeciw potrzebom ludzkiej natury. Pozwalają na chwilę zadumy i głębszą refleksję oraz postawienie sobie pytań dotyczących sensu i celu życia. To bardzo ważne, ponieważ codzienne rozmyślanie nad tymi sprawami zajmuje przeciętnemu człowiekowi jedynie trzy minuty na dobę.

  – Z pewnością takiej refleksji sprzyja czas Wielkiego Postu, poprzedzający Wielkanoc…

  – Jego obrzędowość, zwyczaje i nabożeństwa, upamiętniające pewne wydarzenia z życia Pana Jezusa, przemawiają do człowieka. Spójrzmy przykładowo na Gorzkie Żale czy Drogę Krzyżową. Każdy może tutaj w jakiś sposób odnaleźć siebie. Przecież do wszystkich odnosi się i dotyka nas to, co przechodził Chrystus w czasie ziemskiego życia.

  – Te odniesienia przypominają o naszej godności i człowieczeństwie.

  – Już samo rozpoczęcie okresu przygotowującego w środę popielcową, symboliczne posypanie głów popiołem, przypomina, że tu jesteśmy tylko pielgrzymami i że trzeba to życie przeżyć dobrze, być człowiekiem, że trzeba zaprosić Jezusa do swojego życia i ubogacić się treściami religijnymi, a przede wszystkim nadzieją chrześcijańską. Bo okres Wielkiego Postu nie jest czasem cierpiętnictwa, tylko pokuty. To pokuta ma nas prowadzić do głębszej, wewnętrznej przemiany i do szerszego otwarcia oczu na światło wiary. Temu służą rekolekcje i spowiedź wielkanocna. Jeżeli tak, przede wszystkim duchowo, przygotujemy się do świąt, dadzą nam one prawdziwą radość. O niej mówi Pan Jezus: Pokój Mój daję wam.

  – Wspomnijmy o szczególnym nabożeństwie wielkopostnym, jakim jest Droga Krzyżowa. Miał Ksiądz możliwość przeżywania go w tak niezwykłych miejscach jak Kalwaria Zebrzydowska czy Święty Krzyż.

  – Gdy byłem jeszcze w poprzedniej parafii, w Łagowie, to w Wielki Piątek wyjeżdżaliśmy do Kalwarii Zebrzydowskiej na Drogę Krzyżową. Było to niesamowite przeżycie. Kilkugodzinne nabożeństwo, rozpoczynające się o szóstej rano, gromadziło zwykle około 100 tysięcy ludzi, a rekordowa liczba wyniosła 150 tysięcy. Przy każdej stacji, po rozważaniu, były odgrywane sceny związane z Męką Pana Jezusa. Aktorzy – klerycy i okoliczni mieszkańcy – grali naturalnie, starając się oddać to, co czują.

  Od kilku lat Droga Krzyżowa odprawiana jest w Wielki Piątek na trasie od kościoła w Nowej Słupi do sanktuarium Świętego Krzyża. Jej szlak wiedzie tak zwaną Drogą Królewską, a nabożeństwo prowadzi ordynariusz sandomierski. Każdego roku uczestniczy w nim coraz więcej ludzi. Przybywają posłowie, senatorowie, wójtowie… W przyszłości planuję pojechać tam z moimi parafianami z Niska.

  – Wspomniany przez Księdza Wielki Piątek to dzień wyjątkowego czasu – Wielkiego Tygodnia…

  – Wielki Tydzień to są ostatnie dni ziemskiego życia Pana Jezusa. Wjazd do Jerozolimy, ostatnia wieczerza, pojmanie, męka i śmierć – te wydarzenia są szczególnie zaakcentowane przez przeżywanie Niedzieli Palmowej, Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku, Wielkiej Soboty no i Niedzieli Wielkanocnej, upamiętniającej zmartwychwstanie Chrystusa. Uwagę zwraca bogata obrzędowość tego czasu: wykonywanie pięknych palm, grobów Pańskich nawiązujących często do aktualnych wydarzeń, malowanie pisanek, święcenie pokarmów, spożywanie niedzielnego śniadania i stawianie na stole baranka wielkanocnego…

  – A same Święta Wielkanocne… to uobecnienie całego dzieła zbawczego Boga.

  – Dzieło zbawienia skupia się w nich jak w soczewce. I jeszcze ten radosny moment, że Chrystus zmartwychwstał. Nie grób jest końcem, celem ludzkiego życia, nie nicość, niebyt, tylko pełnia życia i spotkanie z Panem Jezusem. Mamy więc zupełnie inne spojrzenie na śmierć. Wielkanoc każe nam popatrzeć na śmierć w znaczeniu pozytywnym. To nie jest odebranie życia, lecz przyjście anioła, który obdarza nowym życiem. Dlatego Święta Wielkanocne można nazwać świętami nadziei i optymizmu.

  – Czego pragnąłby Ksiądz życzyć czytelnikom „Naszego Czasu” z okazji Świąt Wielkanocnych?

  – Przede wszystkim pełnej radości z przeżywania świąt, tej prawdziwej, duchowej. Żeby te święta miały charakter spotkania z Chrystusem Zmartwychwstałym, żeby przypominały o naszym zmartwychwstaniu, o tym źródle prawdziwej nadziei, że jesteśmy powołani nie do śmierci, a do życia.

  – Dziękuję Księdzu pięknie za rozmowę.

 

 

 

Człowiek Prezydenta RP

 


– Interesuję się prawem konstytucyjnym i filozofią prawa, a polityka jest moją pasją – mówi Tomasz Krawczyk z Żabna w gminie Radomyśl nad Sanem. Pracując w Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, zajmuje się głównie problematyką legislacyjną. Przede wszystkim pomaga ministrowi Andrzejowi Dudzie, podsekretarzowi stanu w Kancelarii Prezydenta.

Związki Tomasza Krawczyka z wielką polityką zaczęły się rok temu. Został wówczas asystentem naukowym Bolesława Piechy – byłego wiceministra zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecnie przewodniczącego sejmowej Komisji Zdrowia. Dzięki owej współpracy, która trwa do dziś, trafił do Kancelarii Prezydenta RP. Tak zaczęły się jego kontakty z prezydenckimi ministrami, a zwłaszcza z Andrzejem Dudą.

  Andrzej Duda był wiceministrem sprawiedliwości w czasach Zbigniewa Ziobry. Teraz, jako minister Kancelarii Prezydenta RP, odpowiada za legislację czyli stanowienie ustaw. Do tego dochodzą sprawy związane z wnioskami prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego oraz przygotowywanie materiałów dotyczących ułaskawień. Zadaniem Tomasza jest sporządzanie analiz dla ministra i wyszukiwanie argumentów do jego wystąpień.

  – Kancelaria chodzi jak w zegarku – stwierdza Tomasz Krawczyk akcentując, że taki stan rzeczy to w dużej mierze zasługa Piotra Kownackiego, szefa Kancelarii Prezydenta RP. Ów minister jest podręcznikowym przykładem urzędnika państwowego. To człowiek bardzo rzetelny, wyśmienicie przygotowany do swojej pracy. Jego zastępcą jest Władysław Stasiak. Za bieżące sprawy, korespondencję, kontakty i spotkania prezydenta odpowiada Maciej Łopiński, szef gabinetu. Z kolei zagadnienia dialogu polsko – żydowskiego oraz problematyka społeczno – kulturalna leżą w gestii Ewy Junczyk-Ziomeckiej. A kto zajmuje się kontaktami głowy państwa ze światem nauki i organizowaniem spotkań z politologami, prawnikami, filozofami, socjologami, ekonomistami? To prof. Ryszard Legutko, były minister edukacji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Trzeba też wspomnieć o Michale Kamińskim, odpowiadającym za politykę medialną i wizerunek prezydenta. To on najczęściej, razem z Piotrem Kownackim, spotyka się z dziennikarzami. Ministrem o najkrótszym stażu w Kancelarii jest Mariusz Handzlik. To jemu Lech Kaczyński powierzył pieczę nad polityką zagraniczną. Ważna postać to także Małgorzata Bochenek, współpracująca ze służbami odpowiadającymi za bezpieczeństwo państwa.

  – Po zafundowanej nam przez PO rewolucji październikowej, która okazała się może nie rewolucją, a bardziej rewoltą, powstało dużo ustaw. Niektóre z nich zawierają jedynie dwa lub trzy artykuły – zauważa Tomasz. – Ponieważ każdą z nich trzeba sprawdzić, Kancelaria Prezydenta RP ma teraz moc pracy. Nic zatem dziwnego, że przy takim nawale legislacyjnym pojawia się więcej wet prezydenckich.

  Weto, które odbiło się szerokim echem, dotyczyło wielu aspektów zaproponowanej przez PO reformy służby zdrowia. Od początku było wiadomo, że Lech Kaczyński nie zgodzi się na jej kształt, przedstawiony Sejmowi RP. Argumentem przeciw był fakt, że nie gwarantuje ona obywatelom fundamentalnego bezpieczeństwa zdrowotnego. Owszem, wszyscy zdają sobie sprawę, iż zmiany w tym zakresie są konieczne. Trzeba ich jednak dokonywać z poszanowaniem pewnych wartości konstytucyjnych.

  To właśnie reforma służby zdrowia była swego czasu tematem ponadtrzygodzinnej rozmowy Prezydenta RP z jego ministrami. Tomasz został zaproszony do tej dyskusji, co było dla niego dużym wyzwaniem i doświadczeniem. – Prezydent zadawał wiele szczegółowych pytań. Mam nadzieję, że na większość z nich odpowiedziałem wyczerpująco i satysfakcjonująco – wspomina dodając, iż właśnie po tej rozmowie otrzymał propozycję współpracy z Kancelarią. Nadmienia, że widuje Prezydenta RP na różnych uroczystościach w Pałacu Prezydenckim. Jedną z nich, zamkniętą dla prasy, było uhonorowanie prof. Zbigniewa Religi najwyższym odznaczeniem państwowym – Orderem Orła Białego. – Przy tej okazji mój mistrz i wychowawca, prof. Wiesław Chrzanowski, otrzymał list od prezydenta z okazji 85 urodzin – dodaje.

  Godna podziwu jest rozległość spraw, którymi zajmuje się Tomasz w swej politycznej działalności. Ich obszar jest niezwykle różnorodny, począwszy od problematyki zdrowotnej, a na zagadnieniach konstytucyjnych kończąc. Podejmuje je dzięki współpracy z ludźmi, będącymi wybitnymi fachowcami w swojej dziedzinie. Bolesław Piecha dał mu szkołę politycznego, analitycznego myślenia i myślenia o polityce w ogóle. Znaczące są także dyskusje, które prowadzi z Andrzejem Dudą.

    – To, co mogę zaproponować, to pewna świeżość spojrzenia. Ciągle się uczę, czytam i staram się być na bieżąco ze sprawami, które mnie interesują – stwierdza Tomasz Krawczyk. Cieszy go, że wraz z wieloma przyjaciółmi może tworzyć w Warszawie środowisko intelektualne, w którym ważną sprawą jest dyskusja o kształcie i przyszłości Polski oraz walka o ideały.

PIOTR JACKOWSKI

 

 



Laureaci honorowego tytułu
CZŁOWIEK NASZEGO CZASU 2008





Statuetki, przyznane przez Pismo Regionu Nadsańskiego „Nasz Czas”, wręczono podczas wielkiej gali w Państwowej Szkole Muzycznej w Stalowej Woli 



STANISŁAW POPEK
– stalowowolski artysta rzeźbiarz, związany nie tylko ze Stalową Wolą, ale także z gminą Pysznica. W swej twórczości podejmuje tematy dotyczące człowieka, jego godności, broni każdego poczętego życia. Jego życiowym i artystycznym credo są słowa św. Brata Alberta – Adama Chmielowskiego: „Każdy człowiek jest artystą, jeśli to, co robi, czyni z miłością”. Szerokim echem odbiła się wystawa Stanisława Popka „Obudź się Europo”, poprzez którą pragnął pobudzić ludzkie sumienia, aby nigdy nie zabijać nienarodzonych. Teraz pracuje nad wystawą zatytułowaną „Ku niebiańskiemu wernisażowi”. Jego twórczym azylem jest śródleśna pracownia w Kochanach, chętnie odwiedzana przez zorganizowane grupy.





***


JANUSZ ROSTEK – stalowowolski przedsiębiorca, związany poprzez swoją aktywność zawodową z gminą Pysznica. Jest osobą wrażliwą na potrzeby drugiego człowieka, czemu daje wyraz wspierając pożyteczne inicjatywy i akcje. Na szczególne podkreślenie zasługuje wspieranie środowiskowych inicjatyw, podejmowanych przez rozwadowski klasztor oraz Stowarzyszenie Przyjaciół Klasztoru Braci Mniejszych Kapucynów w Stalowej Woli – Rozwadowie „Pokój i Dobro”.



***


BEATA BIAŁY – pracownik Urzędu Gminy w Pysznicy. Na co dzień zajmuje się promocją Pysznicy i okolicznych miejscowości. Jest wielką miłośniczką i propagatorką lokalnych tradycji, zwyczajów i historii tutejszej małej ojczyzny. Podejmuje liczne działania na rzecz integracji środowiska wokół problemów kultury, pomaga także miejscowym organizacjom pozarządowym w rozwijaniu aktywności.



***


DANUTA HLAWACZ – przedsiębiorca, prowadząca swoją zawodową działalność w Jastkowicach. Środowisko ceni ją za ogromną wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka. Pomaga ludziom będącym w potrzebie, wspiera także środowiskowe akcje i inicjatywy służące dobru wspólnemu. Jako pracodawca interesuje się problemami pracowników i stara się zaradzać wszystkim trudnym sytuacjom.



***


EUGENIA REMBISZ – prezes Stowarzyszenia Rozwoju Sołectwa Pilchów „Gościniec”. Zatroskana o sprawy lokalnego środowiska, a zwłaszcza o dzieci i młodzież. Wraz z członkami stowarzyszenia przygotowuje liczne imprezy artystyczne i spotkania środowiskowe, współpracując z pilchowską parafią Świętej Jadwigi Królowej. Nigdy nie szczędzi sił i czasu dla dobra drugiego człowieka.



***


JÓZEF DULAPA – sołtys sołectwa Pilchów. Człowiek bez reszty oddany lokalnej społeczności. Służy radą i pomocą każdemu, kto się do niego zwróci. Mieszkańcy cenią jego życzliwość, zaradność i skuteczność działania, darząc go przy tym ogromnym zaufaniem. Jest inicjatorem i animatorem wielu środowiskowych akcji, podejmowanych wraz ze stowarzyszeniem „Gościniec”.



***


DOROTA NIEZNALSKA – nauczycielka Publicznej Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Woli Rzeczyckiej. Jest cenioną animatorką lokalnego życia społeczno – kulturalnego. Jej pasją jest harcerstwo i praca wychowawcza z dziećmi i młodzieżą. Pod jej okiem rozwijają talenty miłośnicy śpiewu i teatru. Jest osobą integrującą miejscowe środowisko szkolne i parafialne, a jej zaangażowanie owocuje licznymi inicjatywami służącymi dobru młodszych i starszych mieszkańców Woli Rzeczyckiej.



***


PIOTR SZPARA – stalowowolski śpiewak operowy, pełniący funkcję dyrektora Gminnego Centrum Kultury w Zaleszanach. Środowisko ceni jego pomysły, aktywność oraz zaradność. Dał się poznać jako znakomity organizator imprez oraz animator lokalnego życia kulturalnego. Ceniony jest także jako artysta, który daje recitale w całym regionie dolnosańskim. Wiele zawdzięczają mu także członkowie Chóru Zespołu Pieśni i Tańca „Lasowiacy” Miejskiego Domu Kultury w Stalowej Woli. Jest dyrygentem tego zespołu.

 


  • RSS